25 stycznia 2015

Þú Ert Jörðin


Codziennie zbierałam się kilkakrotnie, żeby coś wreszcie napisać. Tutaj miały znajdować się moje najgłębsze przemyślenia, jak zawsze owiane jakimiś dziwnymi porównaniami, ukryte pod jakimiś historiami. Nie po raz pierwszy w tworzeniu moich przemyśleń towarzyszy mi Olafur Arnalds, którego uważam za zbawiciela i kata jednocześnie. Uwielbiam, jak utwory przez niego tworzone, przedzierają się do najbardziej odległych zakamarków mojej pamięci, żebym zauważyła pewne rzeczy. Daje mi wytchnienie, daje upust wszystkim złym emocjom, które gromadzę każdego dnia. Uwielbiam ten moment, gdy w którejś sekundzie pojawia się dźwięk przeszywający od stóp do głów. Powoduje on ściskanie w dołku i pomaga łzom wydostać się na powierzchnię. Pozwala mi zanurzyć się całkowicie w swoim smutku i pogrąża mnie do ostatniej kropli. Wywołuje we mnie krańcowe załamanie i po przesłuchaniu jego płyt staję się całkowicie pusta - czysta. 
Nie wiem czemu, ale dziś nie działa na mnie tak, jak powinien. Siedzę otępiała, a jedyny element mojego ciała, pozostający w ruchu to dłonie przesuwające się po klawiaturze i wzrok pędzący za pojawiającymi się literkami. Nawet nie chce mi się już dziś płakać. 
Zastanawia mnie jeden fakt. Jak długo będę musiała dostawać obuchem w głowę, żeby wreszcie zrozumieć, że to boli. Wydaje mi się, że nie zasłużyłam na to, żeby obrywać po głowie bez powodu. Chyba, że jest powód, a jak zwykle dowiem się o nim ostatnia. 
Cały weekend spędziłam zastanawiając się nad tym, ile jest w stanie znieść ludzka psychika. Niestety dowiadujemy się tego dopiero wtedy, kiedy coś nam się przydarzy. Bo czy ktoś z nas mógłby teraz powiedzieć czy przetrwałby obóz koncentracyjny? Szczerze wątpię. Nie jesteśmy w stanie ocenić naszej wytrzymałości dopóki jej nie sprawdzimy. Tak samo jest z materiałami inżynierskimi. Miałam taki przedmiot, na którym uczyliśmy się różnych metod, którym poddaje się takie wyroby i wszędzie były zapisane wzory na obliczenie wytrzymałości, ciągliwości, kruchości. Dlaczego dla ludzi też nie może być takiego wzoru. Twoja waga pomnożona przez sumę wydarzeń a* i wydarzeń b*, podzielona przez wiek, podniesiona do kwadratu i to wszystko pomnożone przez przyciąganie ziemskie, gdzie a - wydarzenia pozytywne, b - wydarzenia negatywne. Jak łatwo wtedy byłoby obliczyć wytrzymałość ludzką na to, co się przydarza. Wiedzielibyśmy kiedy odpuścić, a kiedy walczyć, Współczynnik mówiłby nam to wszystko od razu. 
Chciałabym kiedyś spotkać kogoś, kto powiedziałby mi ile zostało mi jeszcze dni. Może wtedy jakoś tak, lepiej by mi było. Może chciałoby mi się chcieć?
Może ja za wcześnie się przywiązuję? 
 Telefon zaświecił. Myślałam, że to sms od Ciebie. Nope. To tylko powiadomienie, że się naładował. Takie momenty są najgorsze, bo nagle, dosłownie w przeciągu sekundy, pojawia się nadzieja.
Tak samo szybko odchodzi. 
Dam sobie radę. 
Śmieszne jest, że nadchodzą takie sytuacje, o których już nie masz komu powiedzieć. Ten ktoś odszedł i nie zostawił nowego adresu. 
Czasem zastanawiam się czy nadając sobie imię Nadzieja, zrobiłam dobrze. Gdyby wierzyć w wpływ imienia, to zrobiłam sobie straszną krzywdę. Chyba nie zrobiłam tego specjalnie. Kiedyś wierzyłam, że nadzieja to energia. Dziś myślę, że nadzieja jest bardzo głupia i bardzo naiwna. Pojawia się zawsze tam gdzie tli się choćby najmniejszy płomień i potrafi wzniecić z niego ogromny pożar tylko po to, żeby później nie umieć go ugasić w porę. "Nadzieja umiera ostatnia." Tak więc stało się. Umrę ostatnia. A tak bardzo zawsze chciałam pierwsza. Widocznie dane jest mi ujrzeć śmierć Was wszystkich, żeby umrzeć już całkowicie pusta i poraniona do granic możliwości. Umrę sama, nikt mnie zabije.
Umrę z tęsknoty, samotności, starości?
Chciałabym, żeby dziś był ten przełomowy moment. Dwudziesty piąty stycznia dwa tysiące piętnastego roku. To dziś chciałabym dotrzymać obietnic, które sobie złożyłam. Proszę Nadziejo, choć ten jeden raz, pozwól zgasnąć tej iskrze tlącej się pod moimi stopami. Daj mi czas, żebym mogła rozpalić ognisko wtedy, gdy będę już na to gotowa.